Kiedyś to były czasy! Gdy do naszego postkomunistycznego zaścianka wdarł się kapitalizm, wolny rynek i komercjalizacja, człowiek zaczął wynajdywać sobie nowe sposoby na spędzanie wolnego czasu. Można było pójść do budki z hamburgerami po cud z mikrofalówki na wynos, wcześniej zahaczając o osiedlową wypożyczalnię wideo. Wręcz idealny sposób na spędzenie wieczoru. Kaseta z filmem wesoło "strzelała" w magnetowidzie, a głos lektora niosło aż do sąsiadów. Współcześnie, w dobie sieciowych fast foodów i zestawów kina domowego, tylko jedna rzecz pozostała niezmieniona. Niestety.
Wciąż zachodzę w głowę, dlaczego dziś nie wspominamy lektora filmowego, jako swoistego kuriozum minionej epoki. Co gorsza, wielu z nas tak bardzo przywykło do tej zamierzchłej formy translacji, że nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Fakt, że lektora często popierają ludzie młodzi, dobija mnie ostatecznie. Dodatkowo, ilekroć łaskawy dystrybutor wprowadza do kin produkcję z dwoma wariantami lokalizacyjnymi - do wyboru: dubbingiem lub napisami - temu pierwszemu zawsze się obrywa. A potem i tak ostatecznie okazuje się, że na wersji z dubbingiem jest wyższa frekwencja w kinach niż na tej z napisami. Gdzie są więc ci hejterzy, którzy tak bardzo przedkładają napisy ponad dubbing? Ach tak, oni są na torrentach.
Ale nie o napisach miał być ten tekst. Sam wybieram zawsze wariant z napisami i nigdy nie decyduję się na dubbing. Natomiast jestem altruistą i potrafię się postawić w miejscu dziecka. Ja sam, kiedy jeszcze wycierałem gile z nosa chusteczką w Pokemony, doświadczyłem okrucieństwa seansu filmu z napisami. To był rok 1999, premiera filmu Gwiezdne wojny: Część pierwsza - Mroczne widmo. Byłem ja i dwóch moich kolegów. Wszyscy udawaliśmy, że rozumiemy dialogi, ale rzeczywistość była taka, że żaden z nas nie nadążał za wyświetlającymi się napisami. Ileż łatwiej by było, gdyby ktoś nam puścił wersję z dubbingiem.
![]() |
Akurat w przypadku tej postaci nie pomógłby nawet tłumacz przysięgły. |
Potem takie filmy lądują w telewizji, wzbogacone o soczystego lektora. Ilekroć myślę o tym, że taką polską telewizję mógłby obejrzeć ktoś z bardziej rozwiniętego kraju od nas - powiedzmy z Estonii - odzywa się we mnie kompleks Prowincjonalnego Polaczka. Tymczasem, w sieci można się natknąć na zachwyty internautów, którzy wymieniają kultowe nazwiska wśród polskich lektorów. Szkoda tylko, że te zachwyty nie są wyrażane w czasie przeszłym.